O autorze
Matka Przełożona Mamadu.pl
Mama Mikroba
Wjeżdża z wózkiem w mrowisko.
Zdrapuje różową farbę.
Nie mów o niej mamusia.
boskamatka.pl

W dziedzinie własnego dziecka jesteś ekspertem światowej klasy.

„Z prawdziwą przyjemnością obserwuję, że przetrwanie dzieci znalazło się wreszcie w rękach mężczyzn kierujących się rozumem. [...] Sprawa ta została niefortunnie oddana decyzji kobiet, które nie mogą przecież posiadać wiedzy właściwej, by odpowiednio sobie z tym zadaniem poradzić" – powiedział jeden z XIX-wiecznych brytyjskich lekarzy. A może to było w XXI wieku?

Do MamaDu napisała właśnie Agnieszka:

List do redakcji MamaDu

Na porodówce dowiedziałam się, że dziecko MUSI płakać, że to że jest nerwowe, to normalne. Ok, pomyślałam sobie: znamy się krótko, mogę się mylić. Jestem matką zaledwie kilka dni, mogę się mylić. Po powrocie do domu okazało się, że moje wątpliwości nie mijają – jest gorzej. (…). Po tygodniach prób wołania o pomoc w końcu zdecydowałam, że zabiorę dziecko do znajomej Pani doktor (…). Diagnoza: wzmożone napięcie mięśniowe, asymetria ułożeniowa, uczulenie na gluten. Moje dziecko cierpiało przez prawie trzy miesiące, bo NIKT nie traktował mnie poważnie (…)Po dwóch latach dostrzegłam nowe problemy u dziecka. Że nadal nie śpi w nocy, że układa klocki/znaczki/zabawki wyłącznie w rzędy, że zna alfabet, liczy do stu, zna wszystkie znaki drogowe. I co? To samo. PRZESADZASZ. Za dużo czytasz. Za bardzo się przejmujesz. Jaka jest diagnoza? Zaburzenia integracji sensorycznej, podejrzenie autyzmu wysokofunkcjonującego. Czytaj więcej

Jestem ogromnie wdzięczna Agnieszce, że napisała do MamaDu. Bo choć to smutna, a nawet trochę straszna opowieść, to świetnie ilustruje ona sytuację, z którą muszą się mierzyć dzisiejsze matki, a także zaangażowani ojcowie. I która jest moim zdaniem największym problemem współczesnego rodzicielstwa. Mowa o braku zaufania do samych siebie. I braku wiary w to, że wie się, co dobre dla własnego dziecka.

Teoretyzacja, psychologizacja i medykalizacja rodzicielstwa przyniosły wiele dobrego. Mniej dzieci i matek umiera w trakcie porodu i połogu, mniej (chyba, chcę w to wierzyć) jest toksycznych, opartych na dominacji i strachu relacji rodzic-dziecko. Więcej w nich ciepła, szczerości i bliskości, których już nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa za "niewychowawcze". A jednocześnie unaukowienie rodzicielstwa okazuje się mieć wiele ciemnych stron. Z nich najciemniejszą jest nieustanne podważanie rodzicielskich kompetencji przez rozmaitych "lepiej zorientowanych" i "bardziej doświadczonych".

Socjologowie i historycy widzą ten proces jako część większej zmiany, na końcu której zawsze są pieniądze. Rodzic, który nie ufa sobie staje się klientem doskonałym, konsumentem tysięcy dóbr i usług, które pomogą mu ukoić lęki i wyrzuty sumienia.
Feministki dostrzegają tu kolejne pola męskiego ucisku, bo to lekarze-mężczyźni wywrócili do góry nogami tysiące lat kobiecego doświadczenia, każąc im rodzić na wznak i zrównując akuszerki z niedomytymi guślarkami. Twierdząc, że wiedzą lepiej, co dobre dla nich i ich dzieci.
Ja sądzę, że rację mają jedni i drugie. Na szczęście powoli, mozolnie wracamy do korzeni.


Nie zrozumcie mnie źle. Nie twierdzę, że matka zawsze zdiagnozuje problem lepiej niż lekarz/psycholog/pedagog/dietetyk, a ojciec lepiej niż teściowa. I że to ze względu na jakiś mityczny instynkt, magiczna nić i takie takie. Nie! Twierdzę, że każdy normalny rodzic jest najwybitniejszym ekspertem w dziedzinie "moje dziecko". A jego WIEDZA empiryczna, wynikająca z tysięcy godzin "obserwacji uczestniczącej" jest co najmniej równie cenna, co wiedza płynąca z zajmowania się "tysiącami podobnych przypadków".
I nigdy, ale to nigdy nie należy jej lekceważyć.
Trwa ładowanie komentarzy...